Cześć. Dostaliśmy ostatnio zaproszenia na dwa koncerty. Zagraliśmy oba: w piątek w Gomunicach (w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego), a w sobotę w Zawoi (Beskid Żywiecki). Współtowarzyszyła nam warszawska formacja pankrokowa TPN25. Jak zwykle przy okazji takich wyjazdów: było sympatycznie, zabawnie, miło, czadowo, etcetera. Ale było też, słuchajcie, strasznie. Przeżyliśmy bardzo trudne chwile i o tym przebiegu zdarzeń chcielibyśmy Wam tutaj opowiedzieć..
Piątek - 9:00
Umówiliśmy się, że jedziemy na dwa samochody. Ja do Mercedesa Vito załadowałem sprzęt, fanów (Kaziu, Cina, Danuta), Dawida i Leona. Łukasz, Krzysiek i Kamil jechali z Kubą i Sysią, jednak sporo później. Zbiórkę ogłosiłem na 10:00, ale trzynastego w piątek byłem bardzo niespokojny, więc po Leona zameldowałem się już o 9:00. Ciachnęliśmy kawę i ruszyliśmy zbierać resztę. Ostatni wsiadł Dawid i mogliśmy pędzić. Od początku drogi Kaziu dawał się nam we znaki. A to dogadywał, a to zaczepiał, ale przy tym naprawdę wszyscy dobrze się pośmialiśmy. Już na początku trasy coś mi się nie podobało. Kiedy puszczałem kierownicę samochód uciekał mi na prawo. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy może nie mamy za mało powietrza w kołach, a może to silne podmuchy wiatru powodują, że coś jest nie tak? Postanowiliśmy zatem sprawdzić ciśnienie na najbliższej stacji benzynowej wyspecjalizowanym przyrządem. Na co Kaziu:
- A po co? Ja kopnę w koło i sprawdzę. Tolerancja do pół bara.
Wszyscy w ryk. Nie mówcie, no, przecież nie da się tego gościa nie lubić, prawda? :)Przyczyną był jednak wiatr, co się potwierdziło nazajutrz, bo tedy nas ściągało w lewo. Ale o tym później. Tak czy inaczej, mieliśmy złe przeczucia. Do Gomunic dojechaliśmy około 15:00. Wspaniałe miejsce.. na końcu świata. Kiedy wybraliśmy się na zakupy do sklepu spożywczego zapytaliśmy ekspedientek, co można byłoby zobaczyć w Gomunicach. One odparły, że największą atrakcją jest klub Bogart, w którym mieliśmy przecież grać. Na miejscu rozłożyliśmy graty czekając na Tepeenów i Kubę z załogą. Wszystko poszło sprawnie, więc nie pozostało nam nic innego jak relaksować się przed występem. Kiedy wszyscy już byli na miejscu i wybiła godzina zero postanowiliśmy czekać na publiczność, która nie stawiła się, niestety, nazbyt licznie. Zagraliśmy, więc sztukę dla kilkudziesięciu osób. Ale było bardzo sympatycznie, z energią i interakcją drugiej strony. Zatem w dobrych nastrojach mogliśmy oglądać koncert grupy TPN25, w której gościnnie wystąpił Kaziu. W piosence nieznanej wyśpiewał taki oto tekst:- Boli mnie głowa i nie mogę spać. (...długa przerwa) Hohoho! Aaaaaa.. Ho, ho (...długa przerwa...) Aaaaa. Eeeee, no.... Uuuu! Hohohoho!
Żałujcie, że tego nie widzieliście! Kaziu to prawdziwe zwierzę sceniczne i już wkrótce filmy z tego występu podbiją jutuba! :) Impreza po koncertach też była bardzo udana. Przecież Asia, Rudy, Wyżelok Golonko i Dr Yry to wspaniali ludzie, więc nie mogło być inaczej, prawda?
Sobota 7:00
Obudziłem się już o 7:00. Nie mogłem spać. Optowałem za tym, żeby się jak najszybciej zebrać i pruć do Zawoi. Ale ogarnięcie takiej ekipy imprezowiczów nie było łatwe. Kuba wyjechał zatem już o dziewiątej, a nam udało się dopiero o dziesiątej. No i niestety, ta godzina straty zaważyła o późniejszych wydarzeniach. Kubie i spółce udało się ominąć zamiecie, zawieje, wypadki, korki i wszystkie kłopoty na drodze. My nie mieliśmy tyle szczęścia. Po czterdziestu kilometrach jazdy rozpoczął się dramat. Nawet na drodze ekspresowej raz po raz rozkraczały się tiry i nie było widać świata. Postanowiliśmy się nie spieszyć. Jechaliśmy bardzo ostrożnie. Do tego stopnia, że Rudy chciał poprowadzić Vito twierdząc, że w takim tempie zajedziemy do Zawoi pojutrze. Ale po co? Mieliśmy dużo czasu, więc stwierdzliśmy, że będziem jechać powoli, ale bezpiecznie. Przed siedemnastą byliśmy dopiero w Wadowicach. Od Zawoi dzieliła nas jedynie godzina drogi. Dalej jechaliśmy bardzo powoli, ale kiedy minęliśmy miasto Jana Pawła II spotkała nas rzecz straszna.Sobota 17:04
Byliśmy w miejscowości Gorzeń, 2 km od Wadowic w stronę Suchej Beskidzkiej, kiedy nagle przed naszymi oczami kierowca czerwonej Toyoty Yaris stracił panowanie nad kierownicą. Wpadł w poślizg, jego samochód zaczął tańczyć i, niestety, wylądował prosto przed nami. Nie mieliśmy żadnych szans. Zdążyliśmy tylko gremialnie wykrzyknąć "o kurwa!" i bam. Uderzenie było silne, Toyota odbiła się od przodu Vita, poprawiła nam z boku i zepchnęła nas do rowu. Szok, niedowierzanie, szok. - Wszyscy zdrowi, nikomu nic się nie stało? - pytał Marcin
- Chyba nie - odpowiadaliśmy pojedynczo.
Wszyscy, jak jeden, byliśmy przerażeni. Wykaraskaliśmy się z samochodu, zrobiliśmy szybkie oględziny i zadzwoniliśmy po policję. Miałem tysiąc myśli na minutę. Potem jak relacjonowałem chłopakom: ani raz nie pomyślałem, że nie dotrzemy na koncert. Nie przeszło mi to w ogóle przez głowę i nie brałem tego w ogóle pod uwagę. Załatwiliśmy lawetę do Zawoi, a ja cały czas ogarniałem alternatywne holowanie nazajutrz, do Kolbuszowej. Nie mogliśmy nie dojechać na koncert, nie mogliśmy nie dotrzymać słowa Dominice i nie mogliśmy zostawić na pastwę losu Tepeenów. Pytam Leona i pytam Dawida: - Co robimy? Jedziemy? Dokładamy do tego?
Chłopaki odpowiedzieli tak jakbym się po nich spodziewał. Nasza miłość do muzyki i determinacja jest tak wielka, że musieliśmy pojechać do Zawoi.I żeby w tych chwilach grozy Państwa rozweselić opowiemy jeszcze jedną zabawną sytuację z tego zdarzenia. Policja, aby dokończyć swoje czynności musiała spisać pasażerów naszego samochodu. Pierwszy był Dawid, drugi Marcin, a trzeci Kaziu.- Pańskie imię i nazwisko - pytał policjant.
- Jerzy Piechota - odparł pytany.- Miejsce zamieszkania - policjant kontynuował wywiad.- Sokołów Małopolski - odpowiedział Kaziu.
Wszyscy się zdziwiliśmy, co ten Kaziu plecie i zwracamy mu uwagę, że Pan policjant pyta o miejsce zamieszkania.- A nie! W Sokołowie to ja się urodziłem. Świerczów 100! - wymamrotał Jurek.
- Świerszczów? - pytał policjant.- Tak, tak - odpowiedział Kaziu.
Cina z Danutą wsiedli do lawety, a my pojechaliśmy Skodą z miłym Panem Mateuszem z PZU. Po godzinie byliśmy już w Zawoi. Tam zamiast na początku się odprężyć to znowu czekały na nas emocje. Okazało się, że Kuby case od gitary został uszkodzony. Poszły pretensje i emocje. Zupełnie niepotrzebnie. Kuba się uniósł, Leon się uniósł, a ja musiałem ich pogodzić. Płakać mi się chciało. Że zamiast cieszyć się, że żyjemy, że dojechaliśmy, to dyskutujemy jeszcze o pierdołach absolutnych. No, ale po chwili emocje opadły, spór zażegnaliśmy i mam nadzieję, że do tematu nigdy nie wrócimy. Jeszcze zanim zaczęliśmy grać opowiedzieliśmy o całym zdarzeniu Tepeenom. Yry zbeształ nas, że w takich sytuacjach najpierw dzwoni się do niego, bo przez wiele lat pracował w asistansach. Krzychu wziął telefon i zadzwonił na infolinię dokonując w tej rozmowie rzeczy niemożliwych! W naszej polisie przysługiwał nam tylko jeden transport: z Wadowic do Zawoi. Nazajutrz do Kolbuszowej musielibyśmy za holowanie słono zapłacić. Yry jednak przepytał konsultanta i okazało się, że w PZU nastąpiła awaria systemu. Nie udało się więc odnotować, że zostaliśmy zahlolowani do Zawoi!!! Oznaczało to tyle, że rano otrzymaliśmy możliwość przetransportowania Vita przez 150 km za darmo. Za końcowe kilometry musieliśmy dopłacić jedynie 500 złotych, więc mieliśmy prawdziwe szczęście w tym całym nieszczęściu. I o Yrym kilka słów. To bardzo dobry człowiek, normalny, o wielkim sercu. Jak powiedział Marcin: on jest w ogóle nie przejaskrawiony! :)) Krzychu, dziękujemy Ci za wszystko. Ja się w życiu jeszcze odwdzięczę. My wszyscy Ci się odwdzięczymy.
Koncert w Zawoi
Myślałem, że ten zbitek wrażeń nie pozwoli mi się skupić na występie, ale to co zrobił Yry ułatwiło wiele, więc dałem radę. I chłopaki też. Zagraliśmy bardzo fajną sztukę, z energią. Pomogła nam publiczność i znajomi (Bazyl, Beret, Grucha, Rafka, Danuta, Cina, Kaziu, Sysia i Tepeeni). Pod koniec impreza rozkręciła się na całego. Bisowaliśmy dwa razy, wyczerpując tym samym cały repertuar. Dawno nie zagraliśmy tak długiego koncertu. Było naprawdę zajebiście. Należało się to nam po tych wszystkich przygodach. Po koncercie usłyszeliśmy od publiczności wiele ciepłych słów, dostaliśmy zaproszenie na koncert do Krakowa, na Dni Zawoi i na jeszcze jedną sztukę do Winiarni (jeszcze raz dzięki dla Dominiczki i Marcina). Do hotelu odwiózł nas właśnie Marcin - szef Winiarni. Poszliśmy spać jak zabici. Musieliśmy wypocząć, bo czekał nas kolejny ciężki dzień.
Niedziela 19:09
Budzimy się rano, rozglądając się po sobie. W końcu pytam współtowarzyszy: która jest godzina?
Kaziu popatrzył na telefon i mówi: 19:09. Znowu zaczęliśmy się śmiać. Piękniejszego poranka nie mogliśmy przecież mieć. Kaziowi dzień wcześniej wypadł telefon, a wraz z upadkiem zresetował się zegarek weń :))
Ale słuchajcie, słuchajcie. Na tym nie koniec emocji! Okazało się, że zgubiliśmy kluczyki do Mercedesa i nie mamy jak załadować sprzętu. Znowu nerwy, znowu szukanie. Nie, nie udało się ich odnaleźć. Musieliśmy wybić szybę. Na szczęście była już pęknięta po wypadku, więc pan z PZU zrobił jej zdjęcie i pozwolił wybić. O 14:00 auto znajdowało się już na lawecie. Kuba, Kamil, Krzysiek i Łukasz pojechali już do domu, a chwilę później Leon z Dawidem pojechali z panem laweciarzem. Z kolei ja, Danuta, Kaziu i Cina pozostaliśmy w Zawoi w oczekiwaniu na busa, którym musieliśmy się dostać do Krakowa. W oczekiwaniu nań Marcin zaserwował nam obiad i winko, któreśmy skonsumowali w towarzystwie Tepeenów. Bus do Krakowa jechał ponad dwie godziny. Przez złe warunki atmosferyczne i fatalne stany dróg spóźniliśmy się na pociąg o jakieś dwie-trzy minuty. Musieliśmy pojechać następnym. Niestety, był to pociąg osobowy. Jechał cztery godziny! W Rzeszowie byliśmy po północy. Przyjechał po nas Gaweł i bezpiecznie odtransportował do domów. Zmęczonych, ale szczęśliwych. Powiedzcie mi: to komedia, to dramat, to horror czy film sensacyjny?
W imieniu Lemurowców spowiadał się Dorian :)
